czwartek, 10 stycznia 2019

Korsyka GR20 - część IX - ostatnia

19.09.2017

Po miłym wieczorze w schronisku, spędzonym w towarzystwie rodaków, spało się krótko. :) Mając przed sobą ostatni długi etap (a w zasadzie 2) wstaliśmy bardzo wcześnie. Już o wschodzie słońca byliśmy na szlaku. Pogoda zapowiadała się wyśmienita. 




Wychodząc ze schroniska Asco, szlak zaczyna się od stromego podejścia na przełęcz. Na podejściu towarzyszymy sobie z Babcią oraz z dwoma Belgami - sami swoi. :) Z Belgami nawiązuje się rozmowa i jak się później okaże, właściwie przeciąga się do końca dnia. Mają ten sam plan, aby minąć schronisko Carrozzu i dojść do d'Ortu di u Piobu, by kolejnego dnia zejść już tylko do miejscowości Calanzana, w której kończy się GR20. Na przełęczy pojawiamy się wraz z przepięknym, porannym światłem.



Drużyna Pierścienia ;)

Mówisz, że to ostatni długi dzień? :)



Od przełęczy szlak trawersuje zbocze by powoli zacząć schodzić w dół. Zejście tego dnia jest dosyć długie i mijamy na nim sporo osób idących w odwrotnym kierunku. Grupy te są niesamowicie obładowane, jest to ich początek, na sam widok współczujemy i nie wróżymy dobrej kondycji kolan. ;) W końcu wchodzimy do wąwozu i idziemy wzdłuż górskiego rwącego potoku, na którym tworzy się mnóstwo wodospadów i kaskad. Odcinek ten uważam za jeden z ciekawszych na całej trasie.







Którędy przez ten potok?





Dochodzimy do mostu, by przejść na drugą stronę doliny i oddalamy się od rzeki. W krótkim czasie docieramy do schroniska Carrozzu, gdzie robimy przerwę na jedzenie. Dociera tam też Babcia, która zamierza zostać tam już na nocleg, bo ma w zapasie jeszcze parę dni do samolotu powrotnego. Na tym etapie żegnamy się z nią i ruszamy dalej.




W dole widać mały punkcik, to lądowisko dla helikoptera obok Carrozzu

Od Carrozzu znowu musimy wyjść w górę. A tam napotykamy na psiaka, który ma specjalną uprząż na pokonywanie trudniejszych skalnych odcinków (właściciel go wtedy opuszcza lub wciąga). Dla chcącego nic trudnego. :) Z tego miejsca widać grań, którą będziemy pokonywać, wygląda że można by do kolejnego punktu przerzucić kamieniem.




Tam po lewej mamy za chwilę być...



Grań idzie lekkim łukiem, a szlak prowadzi raz lewą, raz prawą, raz górą, czasem schodzi w trawers poniżej. Odcinek ten ciągnie się niemiłosiernie, cały czas dając złudne wrażenie, że to już niedługo... W końcu docieramy do kolejnego punktu, od którego zaczynamy już schodzenie do schroniska, z mapy wynika, że nie czeka nas już żadne większe podchodzenie. W tym momencie Belgowie trochę odpuszczają tempo i chwilowo się rozdzielamy.



Docieramy do schroniska Piobu, które dla wielu piechurów jest pierwszym miejscem noclegu na trasie. W środku jest sporo ludzi, trochę zamieszania, ale chłopak z obsługi świetnie wszystko ogarnia i mówi po angielsku. :) Okazuje się jednak, że nie ma za bardzo nic do jedzenia dla nas, bo jest już w trakcie kolacji... Jednak stara się coś wykombinować i każe przyjść później. Na szczęście dostajemy kolacje, w trochę innej wersji niż oficjalne menu, ale ważne, że mamy co zjeść. Dodatkowo zaklepujemy sobie jeszcze miejsca noclegowe w schronisku, żeby rano ograniczyć czas na zbieranie się (na noc zapowiadają lekki przymrozek).

Wokół schroniska Piobu jest dużo przestrzeni, podłoże wyglądało na dogodne do rozbijania namiotu. Toalety znajdują się kawałek od pola namiotowego, takie nowoczesne domki, automatyczne - full wypas. Za to tak lodowatej wody pod prysznicem nie było nigdzie...



 Dzień kończymy ognistym zachodem słońca




20.09.2017 - Ostatni dzień na szlaku.

Wstajemy skoro świt.

Dygresja:
Tutaj pozwolę sobie przytoczyć historię z dnia poprzedniego. Wędrując z Belgami, rozmawialiśmy sporo o sprzęcie turystycznym. Chłopaki w ogóle nie chodzą po górach, tylko wymyślili sobie, że jak zrobią "najtrudniejszy" szlak trekingowy to już nie będą musieli nic innego robić. ;) W planie mieli przygotowanie się na siłowni, bieganie itp. ale wyszło im to tylko w części. Sprzęt mieli jaki mieli (najtańsze kijki z Decathlonu bez płynnej regulacji wysokości, letnie śpiworki, jeansy...), ale podziwialiśmy ich za wytrwałość i zapał do marszu. Patriotycznie zachwalaliśmy im śpiwory z Cumulusa, jako jedną z zalet podając, że możemy nasze razem połączyć zamkami i mamy wtedy jeden duży i jest cieplej. Rozmowa wtedy przeszła w bardziej humorystyczną i rozpoczęły się dywagacje czy prawdziwy mężczyzna wolałby zamarznąć czy połączyć swój śpiwór z kolegą. :) Koniec dygresji.

W nocy rzeczywiście był przymrozek... Widząc Belgów wchodzących do schroniska, owiniętych w folie NRC nie mieliśmy odwagi pytać co teraz sądzą o możliwości łączenia śpiworów. :) Miny mieli nietęgie.

Szybko ogarnęliśmy nasze tobołki i ruszyliśmy na ostatnie kilometry szlaku, w stronę cywilizacji. Właściwie to nie wiem co napisać o tym odcinku, bo tylko schodziliśmy, a krajobraz stawał się coraz bardziej wyspiarsko-morski, rosła również temperatura.


W oddali na zboczu widać schronisko Piobu



W oddali widać Calvi, tam musimy się dostać na pociąg












Po paru godzinach stanęliśmy w końcu przy upragnionej tabliczce oznaczającej jeden z punktów skrajnych szlaku GR20. Wędrówka zaczęła się jednym krokiem, 10,5 dnia wcześniej i zakończyła właśnie w tym miejscu. Radość i ulga.




W Calanzanie podeszliśmy pod schronisko, ale nikogo nie było na recepcji, wszystko puste. Kręcił się tam jakiś facet z obsługi, ale nas opieprzył, że on nie jest z recepcji. Później nas opieprzył, że chcemy się znowu o coś pytać. Z całej tej niemiłej sytuacji wyszło, że nikogo nie ma i jeśli łazienki są otwarte to możemy skorzystać, jego to nic nie obchodzi. Skorzystaliśmy z tej okazji i odświeżeni byliśmy gotowi do dalszej drogi. Aby dostać się do Calvi, skąd jeździ pociąg, można wziąć taksówkę albo łapać stopa... Padło na tą drugą opcję oczywiście. Było strasznie gorąco, prawie żadne auta nie jeździły, w końcu zrezygnowani zaczęliśmy człapać drogą. Na szczęście w końcu zatrzymał się pan, sam z siebie, nawet nie wyciągaliśmy ręki. Podrzucił nas bardzo blisko przystanku kolejowego.


Z Calvi musieliśmy się dostać do Bastii. Pociąg jest "bezpośredni", jednak w połowie trzeba się przesiąść do innego, chyba dlatego że odbija na inny tor. Podróż wzdłuż wybrzeża dostarczała na prawdę pięknych widoków i sama w sobie była niezłą atrakcją. Momentami miało się wrażenie że jedziemy granicą wody i lądu. Później pociąg wjeżdża w głąb wyspy i można podziwiać bardziej górzyste widoki. Świetna wycieczka za parę euro. :)


Przegląd obuwia po 200 km :)

Gdy dotarliśmy do Bastii wybraliśmy się tylko na szybkie zakupy i kolację, a następnie do hotelu, położonego najbliżej lotniska. Nie był najtańszy, ale rano mogliśmy spokojnie zjeść śniadanie i spacerkiem udać się na lot. Wieczorem w nagrodę za trudy ostatnich dni, jeszcze raz zaliczyliśmy Monte Cinto.


Kolejny cały dzień spędziliśmy na wracaniu do Polski. Pierwszy lot z Bastii do Paryża, tam 6 godzin przerwy i lot do Krakowa. Po tylu dniach wędrowania, cały dzień spędzony na siedzeniu był małym szokiem.

Bye, bye Corsica!

KONIEC