wtorek, 9 października 2018

Korsyka GR 20 - część VI

16.09.2017
Po nocy w towarzystwie audiobooka (relacja tutaj), przywitał nas dosyć zimny, mglisty i wietrzny poranek. Na śniadanie musieliśmy się ulokować w przepełnionej kuchni, bo dodatkowo co chwilę padało. Mocny wiatr na sekundę przewiał chmury, pokazując widok na dolinę i ślicznie oświetlając namioty.
Słońce zaświeciło na sekundę, a wiatr i temperatura nie zostały uchwycone na zdjęciu - Magia Fotografii!



Po śniadaniu ruszyliśmy w górę, po czym szybko musiałam się wracać po kubki - byłaby to nasza pierwsza zguba na szlaku. Na szczęście stały grzecznie, tam gdzie je zostawiłam. :) Dzień był mglisty i deszczowy, a my mieliśmy do przejścia bardzo ładny (widokowo) odcinek. Niestety pogoda nam nie sprzyjała i każda, nawet najmniejsza dziura w chmurach była na wagę złota.








Szybko byliśmy całkiem mokrzy i zmarznięci (po raz kolejny żałowałam, że nie mam rękawiczek). Humory zaczęły się poprawiać dopiero w miarę poprawy pogody. Na bardzo krótkim odcinku z łańcuchami (łatwy kominek) zrobił się korek, mimo że ludzi było mało. Gdy doszliśmy do słynnej z pocztówek poszarpanej grani (ukrytej w chmurach) i zaczęliśmy schodzić kruchym terenem to pogoda zaczęła się poprawiać. Po kruszyźnie, czekał nas już krótki i stabilny odcinek do schroniska Manganu, tam pogoda już całkiem się poprawiła.




O, tam na górze byliśmy.





Drugi etap do przełęczy Col de Vergio pokonywaliśmy już w całkiem dobrej pogodzie, zupełnie jakby zaczął się nowy dzień. Dynamika pogody w górach na wyspie na prawdę potrafi być zaskakująca.





Odcinek z Manganu do Col de Vergio jest dosyć płaski, ale za to bardzo malowniczy i urokliwy. Tutaj też spotykamy 3 Polaków, którzy opowiadają co nie co o odcinku, który nas czeka. Dodatkowo dzielą się informacjami na temat kolejnego campingu, że kuchnia jest do 19:00 i że było tam dużo Polaków (ale skąd skoro nikogo nie mijaliśmy...)







Po drodze znajduje się jeziorko Lac de Nino, również popularne z pocztówek. Jednak własnie koło niego, należy zachować dużą czujność. Zamiast iść wyraźną ścieżką prosto, należy za nim skręcić w lewo i iść łąką bez ścieżki. My oczywiście się zgubiliśmy. Po odnalezieniu właściwej drogi czekało nas podejście na Capu a u Tozzu, a później niemiłosiernie ciągnące się zejście i trawers... miały chyba ze 100 km. ;) Na zejściu mam już dość, a czas nam się kurczy. W końcu w obliczu groźby, że nie zdążymy zamówić kolacji, Marcin biegnie przodem, a ja człapie samotnie przez las.


Gdzieś tu trzeba skręcić

Tu już nie idźcie. ;)

Jesteśmy znowu na szlaku

W końcu docieram do ogromnego pola namiotowego. Marcin jakimś cudem uzyskał informacje, że nie musieliśmy się spieszyć, bo kolacja jest w restauracji hotelowej (25€) za porządny, wypasiony 3-daniowy posiłek) jest do 20-21 (nie pamiętam dokładnie). Gdy weszliśmy podeszła do nas miła pani, ale niestety nie mówiła po angielsku, szybko zawołała jakiegoś chłopaka, który wskazał nam stolik. Gdy ta pani podeszła do nas z kartami, to odezwałam się do Marcina, że może od razu zamówimy Menu i w tym momencie kelnerka ucieszona "To wy z Polski jesteście? Trzeba było tak od razu!!" :D Okazało się, że duża część obsługi hotelu sezonowo pracuje na Korsyce. Dlatego też wcześniej słyszeliśmy, że jest tam dużo Polaków. Tego wieczoru, spotkaliśmy ponownie Babcie i Hiszpana, którzy też akurat jedli kolacje, powoli stawali się naszymi koczowniczymi sąsiadami. :)


Hotel na przełęczy

Na polu namiotowym Col de Vergio funkcjonuje sklepik spożywczy, jednak pan, który go prowadzi nie mówi ani słowa po angielsku, a kwotę rachunku pokazuje na kalkulatorze. :) Łazienka jest spora, ale nie da się regulować temperatury wody... Nam trafił się taki wrzątek, że prawie niemożliwym było umycie się. Dopiero po wyjściu spod prysznica Marcin znalazł rurę i zawór regulujący, co spotkało się z okrzykami radości kąpiących się Niemców. Pole namiotowe jest duże, podłoże miękkie i znajduje się na nim wiata kuchenna gdzie można sobie usiąść i spokojnie ugotować i zjeść.

wtorek, 24 lipca 2018

Korsyka GR 20 - część V

15.09.2017

Poprzedniego wieczoru, po dogłębnej analizie, zdecydowaliśmy odpuścić wejście na Monte d'Oro. Czekała nas dłuższa trasa, a jakiekolwiek opóźnienia już średnio wchodziły w grę. Tego dnia oficjalnie zaczynamy północną część szlaku, która początkowo idzie dróżkami miejscowości. 

Po drugiej stronie ulicy stał identyczny znak z czasem 5H30. Któremu wierzyć? ;)

Droga szybko zmienia się w ścieżkę w lesie gdzie mijamy bar i biwak w górnej części, ale wygląda na pusty. Od tego miejsca szlak poprowadzony jest wzdłuż górskiego strumienia tworzącego Cascades des Anglais. Można podziwiać piękne kaniony i baseny oraz wyrzeźbione skały.

Bukowy las, całkiem jak u nas.










Podejście z Vizavonne na przełęcz Muratellu serwuje nam 1100m przewyższenia, a dodatkowo jest coraz cieplej. Na szczęście na przełęczy przyjemnie wieje. Po krótkiej przerwie i tęsknych spojrzeniach w stronę Monte d'Oro ruszamy w dół.



Spojrzenie w tył



Już blisko przełęczy, a gdzieś tam na górze skaczą sobie krowy. :)


Ostanie metry, a za mną Monte d'Oro

Widok na północną część Korsyki

Monte d'Oro

Widać ścieżkę, którą będziemy podchodzić, ale wcześniej trzeba jeszcze do niej zejść...






Tego dnia musimy przeskoczyć dwa odcinki i nie ma zmiłuj. Zejście jest dosyć strome i długie, słońce świeci, jednak spotykamy mnóstwo ludzi idących w górę w kurtkach i czapkach (?!). Nie wiem do dzisiaj o co im chodziło... Gdy docieramy do głazu, od którego można zejść do schroniska Onda robimy przerwę na jedzenie, a Marcin biegnie na dół uzupełnić zapasy wody. Wcześniej nieszczęśliwie postawił plecak na ustniku i stracił część wody z bukłaka.





Przed sobą mamy widok na dalszą część trasy, wybieramy wariant górą. Już z Muratellu widzieliśmy mniej więcej ile jeszcze zostało do zejścia i podejścia, a zostało tego sporo. Na szczęście pogoda dopisuje i mamy w miarę dobry czas. Właściwie jest to już moment wyjazdu, w którym już nie zastanawiam się nad swoja dolą, tylko po prostu idę przed siebie. A to, że daleko, że pod górę i że ciężki plecak jest codziennością, na którą nie zwraca się uwagi.

Po lewej Monte d'Oro, po prawej grzbiet, którym długo schodziliśmy


Idealne miejsce do sesji z Monte d'Oro





 Górny odcinek był bardzo niepozorny i wiele razy dawał mi nadzieję, że już niedaleko. Im bliżej zachodu, tym bardziej się ochładzało, a nam nie chciało się już ubierać. Gdy doszliśmy do schroniska Petra Piana właśnie zaczynało kropić.

W dół i w górę, w dół i w górę...

W poprzek góry biegnie ścieżka, która daj złudną nadzieję... Nie to nie jest szlak.







Gdzieś tutaj mijamy górę, która jest całkowicie pokryta.... baranimi bobkami! Zapach jak w stajni. Zaraz później prawie dostałam zawału, z powodu maskującego się barana, widocznego na poniższym zdjęciu.




To już niedaleko, na pewno tuż za rogiem... ;)

Szybko rozbiliśmy namiot, podłoże było miękkie i miejsca też sporo. Prysznic jest w formie rurki z zimną wodą, ale że temperatura powietrza również dosyć spadła, to woda była znośna. Obok schroniska jest również stałe źródło wody pitnej, jest wiata obok starego budynku gdzie serwowane są posiłki, a w nowym budynku bardzo mała kuchnia dostępna dla turystów.



Zmęczeni całym dniem, szybko wskoczyliśmy do śpiworków. Jednak nasz sąsiad chyba nie był taki zmęczony i raczył nas odgłosami... audiobooka po niemiecku. Brzmiało to co najmniej jak zbiór najlepszych przemówień Adolfa. :D W tej miłej atmosferze zasnęliśmy.